,,Ktoś, kto dużo wie, ma wiele zmartwień" cz.1

     To znowu ja! Tęskniliście, nie?
     Jasne, że tak.
     A tak poważnie to z góry przepraszam wszystkich umierających z nadmiaru miłosnych problemów. W tym opowiadaniu będzie ich mnóstwo!
     Nikt się nie cieszy? Nikt?
     Kurczę, myślałam, że nie tylko ja lubię czytać o problemach innych...
     Znaczy...
     Zapraszam!

                                                                                                         ***

- Panienko Eulalio, czy panienka mnie słucha?
- Oczywiście, że pana słucham, panie Kornelicki - oczywiście, że kłamię, panie Kornelicki, dodałam w duchu. Otrząsnęłam się z zamyślenia, mając nadzieję, że refleks ocali mnie przed karnym pytaniem.
- W takim razie... Niech nam panienka wymieni wszystkie epoki literackie od starożytności do współczesności.
    Czyli jednak się nie uda.
- Hm... Więc to będzie... Starożytność... Średniowiecze... - zmarszczyłam czoło, usiłując wydobyć z pamięci potrzebne informacje. - Później renesans, barok, oświecenie, romantyzm... Um... Pozytywizm... Młoda Polska, XX-lecie międzywojenne, czasy drugiej wojny światowej i współczesność.
- Gratuluję, panienko Eulalio. Miło wiedzieć, że choć niektórzy skupiają się na mojej lekcji.
    Patrzyłam, jak profesor Kornelicki, wychowawca mojej klasy i nauczyciel języka polskiego odwraca się z powrotem do tablicy i odetchnęłam w duchu z ulgą. Byłam świadoma szczęścia, jakie mnie spotkało, bo mimo całej swojej sympatycznej aparycji, Michał Kornelicki potrafił być bardzo surowy. Musiałam być uważniejsza, tym bardziej, że siedziałam w pierwszej ławce, naprzeciwko tablicy.
     Westchnęłam i uniosłam ręce, by związać włosy w kucyk. To zawsze pomagało mi się skupić. Zerknęłam na zegarek i westchnęłam raz jeszcze. Zostało mi dwadzieścia minut do końca lekcji i wymarzonego powrotu do domu.
     Zrezygnowana, ale też zdecydowana nie podpadać więcej nauczycielowi, zabrałam się za przepisywanie notatki z tablicy do zeszytu.

                                                                                                         ***

- Nie uwierzysz, co się stało! - Wykrzyknęła Martyna.
     Wywróciłam oczami. Każdego dnia spotykałyśmy się w tym samym miejscu o tej samej porze, a przyjaciółka niezmiennie zamiast powitania wypowiadała te same słowa.
     Było w tym coś bardzo pociesznego - wiedziałam, że choćby nie wiem co, akurat te trzy rzeczy się nie zmienią.
- Ciebie też bardzo miło widzieć - odpowiedziałam z uśmiechem. Jak zawsze.
- No tak, tak, ale słuchaj - Misiewicz jest gejem! I w dodatku jakiś starszy facet codziennie podwozi go do szkoły i z niej odbiera! Ty, a jak to jest jego sponsor? Geje mogą mieć sponsorów? - Spojrzała na mnie tymi swoimi sarnimi oczami z autentyczną ciekawością.
- Na pewno mamy na myśli tego samego Misiewicza? Tego, z którym chodziłaś przez pół drugiej klasy? - Powątpiewanie w moim głosie głuchy by usłyszał.
     Martyna wydała z siebie głośne "och!" i uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Zaśmiałam się i poczochrałam jej włosy z czułością. Może i zupełnie nie weryfikowała plotek i ploteczek, które nie wiadomo skąd do niej docierały (jak sama twierdziła, "jej źródła zostały objęte programem ochrony świadków"), ale od czego byłam ja, jak nie od studzenia jej nadmiernego zapału?
- Gdzie dziś idziemy? - Spytałam. - Może do "Klementynki"?
- Stoi! - Zakrzyknęła Martyna i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
     Ruszyłyśmy w drogę do naszej ulubionej cukiernio - kawiarni. "Klementynka" była bardzo zacisznym lokalem. Trafiłyśmy na nią z Martyną w piątej klasie, kiedy to zgubiłyśmy się w drodze na basen i znalazłyśmy się w jednej z tych wąskich, sennych uliczek, w których czas wydaje się zatrzymywać. Mimo opuszczenia basenu zaliczyłyśmy ten dzień do wyjątkowo udanych po skosztowaniu przepysznych deserów oferowanych przez panią Marysię, właścicielkę lokalu.
     Już w progu przywitał nas znajomy zapach ciepłego ciasta, kremu i owoców. Głęboko wciągnęłam powietrze do płuc, delektując się słodkim aromatem. Natomiast Martyna tanecznym krokiem wyminęła mnie i wpadła w objęcia pani Marysi. Kobieta przytuliła ją do siebie i ucałowała w oba policzki, a potem odsunęła na długość ramienia i zlustrowała wzrokiem z uśmiechem.
- No, Martynko, widzę, że coraz śliczniejsza z ciebie dziewczynka! Pewnie tłum kawalerów się za tobą ugania, co? No, przyznaj się cioci Marysi.
     Widząc, jak Martyna spłonęła rumieńcem, obie, ja i pani Marysia, wybuchnęłyśmy śmiechem. Kobieta puściła moją przyjaciółkę i podeszła do mnie, przybierając żartobliwie groźną minę i ujmując się pod boki.
- Moja droga Eulalio, czy ciebie w domu głodzą? Widzę, że jesteś jeszcze szczuplejsza niż zwykle. W końcu zupełnie nam znikniesz... I dla kogo będę piekła cynamonowe babeczki?
- Upiekła pani dla mnie babeczki? - Z zachwytu aż klasnęłam w dłonie. Babeczki pani Marysi były najpyszniejsze na świecie, zwłaszcza te cynamonowe.
- Rzecz jasna, że upiekłam, moje dziecko! Usiądźcie sobie wygodnie, wasz ulubiony stolik jest wolny, a ja zaraz przyjdę.
    Kiedy pani Marysia obróciła się na pięcie i zniknęła na zapleczu, spojrzałam z powrotem na Martynę. Czerwona jak piwonia, wpatrywała się w swoje buty. Z uśmiechem ujęłam ją pod ramię i poprowadziłam do naszego stolika.
     Miał on ciemny, okrągły, drewniany blat przykryty czerwonym, robionym na szydełku obrusem. Stał tuż przy ścianie i był oddzielony od reszty lokalu wysoką niby - ścianką z drewna, zapewniając siedzącym choć odrobinę prywatności.
     Jak zawsze usiadłam plecami do okna wystawowego. Martyna zasiadła naprzeciw mnie. Wyciągnęłam z kieszeni pudełko zapałek i zapaliłam czerwone, wysokie świece stojące w świeczniku na środku stołu.
- Będzie romantyczniej - powiedziałam do Martyny z uśmiechem i mrugnęłam do niej jednym okiem.
     Oczekiwałam jakiejś żartobliwej odpowiedzi, ale ta nie nastąpiła. Zamiast tego moja przyjaciółka zaczerwieniła się, o ile było to możliwe, jeszcze mocniej i wbiła wzrok w swoje dłonie, którymi mięła nerwowo papierową serwetkę.
     Zmarszczyłam czoło. Martyna nie bywała nerwowa. W jej naturze leżała otwartość i pewność siebie, a nie taka niejasna nieśmiałość. Już otwierałam usta, żeby zapytać o to, czy dobrze się czuje, ale ona nagle gwałtownie wstała, szurając głośno krzesłem, wymamrotała, że idzie do łazienki, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem odeszła od stolika, prawie wpadając na panią Marysię niosącą nam desery i herbaty malinowe.
    Kobieta położyła tacę ze słodyczami i napojami na stoliku i zerknęła na mnie badawczo.
- A Martynce co się stało? Pokłóciłyście się?
- Nie, pani Marysiu, wszystko w porządku, naprawdę - odpowiedziałam, siląc się na uśmiech. W obliczu mojego niepokoju musiał on wyjść naprawdę blado.
     Mimo tego, iż z całą pewnością właścicielka przejrzała moje kłamstwo, nie skomentowała go w żaden sposób. Spojrzała tylko na mnie z troską, delikatnie pogładziła mnie po głowie i w milczeniu wróciła za ladę.
     Bezwiednie upiłam łyk herbaty. Nawet nie poczułam jej smaku. Bardzo martwiłam się o przyjaciółkę i to wypierało wszystkie inne uczucia czy bodźce na dalszy plan. Zerknęłam na zegarek. Od pójścia Martyny do łazienki minęło już ponad pięć minut. Postanowiłam iść do niej i sprawdzić, jak się czuje.
     Wstałam od stolika i przemaszerowałam przez prawie opustoszały lokal. Z ulgą zauważyłam, że pani Marysi nie było przy ladzie. Mimo wszystko, jej zatroskane spojrzenia tylko wzmagały mój lęk.
     Po cichu otworzyłam drzwi od łazienki i wsunęłam się do środka. Pociągnęłam za klamkę i drzwi zamknęły się z cichym szczęknięciem.
     Cisza panująca w pomieszczeniu była wręcz przytłaczająca. Nie docierała tu nawet cicho sącząca się z głośników muzyka klasyczna, uwielbiana przez panią Marysię i słyszalna w całej sali jadalnej.
     Powoli weszłam głębiej, bojąc się wręcz zakłócić ten niezachwiany spokój. Nawet powietrze tutaj wydawało się nieruchome.
     Zajęta była tylko jedna kabina, pierwsza od lewej. Choć drzwi nie były zamknięte na zamek, wyczuwałam za nimi milczącą obecność Martyny. Wyciągnęłam dłoń do klamki i zaraz ją cofnęłam. Zagryzłam wargi.
- Martyna? - wyszeptałam ochryple i zakaszlałam. Sama nie poznałam swojego głosu. - Jesteś tam?




     Odpowiedziało mi siedem długich jak wieczność sekund ciszy. Potem rozległ się odgłos spłukiwanej wody, a kiedy ten ucichł, Martyna uchyliła drzwi kabiny i powoli wyszła.
     Wyglądała, jakby była chora. Jej oczy były zaczerwienione, usta spierzchnięte, a cera dużo bledsza niż zwykle. Mimo iż ja przyglądałam się przyjaciółce z troską i uwagą, ona uparcie unikała mojego wzroku. Wyminęła mnie i ruszyła do umywalek, po czym zaczęła myć ręce i twarz. Patrzyłam w milczeniu, jak płucze usta i zaczęłam się zastanawiać, czy wymiotowała. Ta myśl wprawiła mnie w jeszcze większy niepokój.
     W końcu Martyna wytarła twarz i dłonie i znieruchomiała. Wciąż stała do mnie tyłem, a czubek jej głowy odbijał się w lustrze wiszącym nad umywalką.
- Martyna... - mój głos zabrzmiał głucho. Ciężko mi było mówić z sercem w gardle. - Powiedz mi, co cię martwi?
     Nie chciałam, by zabrzmiało to tak słabo, ale strach zabijał we mnie pewność siebie i dusił mój głos jeszcze w krtani.
    Martyna podniosła głowę. Patrzyła teraz hardo w oczy mojego odbicia. Mój wzrok pełen był troski i lęku, jej - bezradności i jakiejś dziwnej desperacji. Wyglądała jak ktoś gotów na wszystko. Odetchnęłam głęboko i przełknęłam ślinę.
- Pamiętasz, co mi powiedziałaś w trzeciej klasie, kiedy się tu przeprowadziłam i zapisałam do twojej grupy? Pamiętasz, co powiedziałaś, kiedy zapytałam Laurę o to, czy zostaniemy przyjaciółkami, a ona odpowiedziała, że nie będzie się przyjaźnić z takim bezużytecznym śmieciem jak ja?
     I faktycznie, przypomniałam sobie. To wszystko stało się na szkolnym podwórzu. Kiedy Laura i jej świta odeszły, zostawiając płaczącą Martynę na ziemi, ja podeszłam do niej, poprawiłam okulary na nosie i powiedziałam...
- Jeśli zadajesz pytanie, musisz być gotowa na odpowiedź - wyszeptałam i drgnęłam, gdy raptownie się do mnie odwróciła.
- Więc teraz odpowiem ci na twoje pytanie - odpowiedziała ze złością. Nie wiedziałam tylko, czy była zła na mnie, czy może na siebie. - Ty mnie martwisz. Smucę się, kiedy ty się smucisz, cieszę się, gdy ty się cieszysz.
     Z każdym kolejnym słowem zbliżała się do mnie coraz bardziej, a jej głos brzmiał coraz to rozpaczliwiej. W końcu zatrzymała się tuż przede mną, z palcem wskazującym wycelowanym w mój mostek. Gdyby nie to, że moje serce waliło w tej chwili jak oszalałe, a płuca kurczyły się gwałtownie, utrudniając mi oddychanie, uznałabym, że wygląda to całkiem zabawnie, zwłaszcza, że Martyna była ode mnie dobrą głowę niższa.
- Ja... - wyszeptałam, modląc się, by mojej najbliższej przyjaciółce nie chodziło o to, o czym pomyślałam... By nie chodziło jej o to, że...
- Zakochałam się w tobie.
     A jednak.
     Mój świat jakby na chwilę się zatrzymał. Widziałam białe kafelki na ścianach, blond kucyk Martyny odbijający się w lustrze i ją samą, zrezygnowaną i przygaszoną, z pustym wzrokiem i rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Widziałam łzy wzbierające w jej oczach, gdy z rozpaczą spojrzała mi prosto w twarz i na wpół wykrzyczała, a na wpół wyszeptała:
- Chciałam, żebyś wiedziała...!
     I widziałam jak ucieka. Słyszałam trzaśnięcie drzwiami.
     Byłam w ogromnym szoku. ,,Zakochałam się w tobie" krążyło mi w głowie. ,,Chciałam, żebyś wiedziała". Krew pulsowała mi w żyłach, słyszałam ją w uszach i czułam w skroniach. Na wiotkich nogach podeszłam do umywalki. Żołądek podszedł mi do gardła., musiałam złapać się krawędzi zlewu, by nie upaść.
     ,,Zakochałam się w tobie".
     Nie wiedziałam, co robić. Byłam rozkojarzona, zmęczona napięciem i niepokojem. Moja Martyna, moja kochana przyjaciółka...
     ,,Chciałam, żebyś wiedziała".
     A może ja wcale nie chciałam wiedzieć? Nie chciałam być obiektem miłości mojej przyjaciółki.
     ,,Zakochałam się w tobie".
     Nie mogę się rozklejać... Muszę być silna... To ona potrzebuje wsparcia... Ale jeszcze nie dziś. Dziś muszę pomóc sobie.
     Obmyłam twarz lodowatą wodą. Spojrzałam w swoje ciemne jak chmura burzowa oczy, teraz jakby jeszcze głębsze i ciemniejsze. Odetchnęłam głęboko i zacisnęłam usta.
     Wyszłam z łazienki, podeszłam do lady i wyjęłam z torebki pieniądze. Z ulgą odnotowałam fakt, że pani Marysia dalej była na zapleczu. Nie wiedziałam, czy Martyna uregulowała rachunek, ale i tak położyłam banknot dwudziestozłotowy tuż przy karcie menu i przycisnęłam go małym, gipsowym aniołkiem, prezentem ode mnie dla właścicielki lokalu. Teraz, zamiast pełen nadziei, wydał mi się całkiem ponury.
     Opuściłam ,,Klementynkę" i weszłam w półmrok późnego wiosennego wieczoru. Wyjęłam telefon i napisałam do mamy wiadomość: ,,Będę dziś nocować u Nataniela. Opowiem Ci wszystko rano. Kocham Cię bardzo, E.". Po chwili otrzymałam wiadomość zwrotną: ,,Pamiętaj córeczko, ze wszystkim sobie poradzimy. Zadzwoń rano, kiedy się obudzisz i napisz mi, kiedy już dotrzesz do Nataniela. Kocham, mama".
     Uśmiechnęłam się blado. Byłam bardzo wdzięczna mamie za jej wsparcie i żywiłam przekonanie, iż podzielę się z nią wszelkimi swoimi problemami, lecz póki co potrzebowałam czegoś innego.
     Potrzebowałam mojego najlepszego przyjaciela.

                                                                                                     ***

     Pisząc ten rozdział, zdałam sobie sprawę, że niektórym osobom reakcja Eulalii (przepraszam, to już ostatnie tak cudowne imię) może się wydać przesadzona. No bo, pff, tylko zakochała się w niej przyjaciółka. W końcu jej przejdzie i będzie cacy.
     Łgarstwo!
     No dobra, może i przejdzie. Ale czy będzie cacy? No... Pewnie tak. Tylko że nie wiadomo kiedy!
     Na podstawie własnych doświadczeń jestem w stanie stwierdzić, że zostanie obiektem miłości swojego przyjaciela dowolnej płci jest zwyczajnie okropne.
     Chyba, że nagle zdacie sobie sprawę, że wy też kochacie tego przyjaciela i będziecie żyć długo i szczęśliwie. Jak dało się zauważyć, tutaj tak nie będzie.
     Chociaż może nawet uda mi się nie zniszczyć im wszystkim życia dokumentnie. Nie obiecuję.
     Buziaki, uściski i masa cukru od
                                                                                                                                                Damayanti

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Shipy, shipy, shipy!

Początek

,,Czworo''. Księga pierwsza - ,,Poznanie''. Rozdział 1 - ,,No.1 - Meg''